~~~~
28.IV.2010
Przypomniało mi się coś... :)
Wracaliśmy pociągiem z koncertu, akurat ucinaliśmy sobie drzemkę. Pod Bydgoszczą wszedł
do naszego przedziału gościu z kawą i herbatą, i zapytał czy czegoś nie chcemy.
Patryk popatrzył na niego i nastała chwila konsternacji... Po chwili zerwał się na nogi, nerwowo
zaczął szukać biletów, i biegnie z nimi do tego gościa! A ten biedny wystraszony łepek,
z wrażenia i z przerażeniem w oczach uciekł z przedziału zatrzaskując za sobą drzwi, krzycząc:
"No ticket!!! No ticket!!!" :)
Powiem jedno, wyglądało to prześmiesznie!
(oberwie mi się za to, że Wam o tym powiedzialam ;) )
Marii
26.IV.2010
No dobrze... tak jak obiecałam kilka słów o koncercie :)
Zacznijmy zatem od początku :)
Sobota, 3 nad ranem (a może po prostu w środku nocy?!), dźwięk budzika wydał się bardziej okrutny niż zwykle...
Wstaliśmy, ogarnęliśmy się i z zapasem czasu spokojnie spakowaliśmy.
Wzięliśmy wszystko oczywiście.
Oprócz fioletowego biustronosza specjalnie dobranego do mojej koncertowej fioletowej bluzki.
(Mariczka odruchowo zalożyła czarny...)
I naszyjnika który oczywiście był nieodłącznym elementem w całym moim stroju.
Przypomniało mi się o tym wszystkim w pociągu. Tragedia była oczywiście.
Bo jak to, być taką niekompletną w tak wielki dzień?! No jak?!
Misiek próbując ratować sytuację, odpowiedział ze stoickim spokojem- kupimy.
Nie mogłam sobie tego darować całą drogę...
We Wrocku byliśmy o 12:50 i mieliśmy pół godziny na przedostanie się do centrum starówki,
gdzie czekał na mnie fryzjer. Tak, tak, byłam umówiona.
No ale jak to sobie wyobrażacie? Że miałam wstać o 2 (już na pewno nie nad ranem...)
układać włosy, żeby potem jechać z nimi 10 godzin pociągiem, i czekać kolejne 7 na koncert?
(Trzeba było dokładnie tak zrobić...)
Od fryzjera wyszłam z płaczem, jeszcze chyba nikt nigdy nie odwalił mi czegoś takiego na głowie.
(Pomijając ten raz gdy babeczka zamiast podciąć dzielnie zapuszczane włosy obcięła mnie
na tak krótko, że przypominałam średniowiecznego giermka)
Ale tu! Tu! Gdzie szłam na koncert??? Miałam wyglądać pięknie, a Tu?
Bez stanika, naszyjnika i tak naprawdę głowy.
Wylądowaliśmy w pizza hut. Wybawieniem była przepyszna pizza carbonara bodajże.
Przełykając niemalże swoje łzy, przełykałam jej wielkie kawałki.
Musialam zniknąć na pół godziny w łazience, żeby spróbować ratować sytuację
Misiek ze stoickim spokojem odpowiedział- poczekam.
Po pół godziny wróciłam równie zniesmaczona jak byłam wcześniej.
Z tym po prostu nic nie dało się zrobić! Masakra jakaś...
Poszliśmy zatem do pobliskiego centrum handlowego w poszukiwaniu filetowego biustonosza.
I wyobraźcie sobie, jak to jest prawdopodobne, że w wielkiej galerii nie było kompletnie nic? No jak?
Misiek próbując opanować zbierający się we mnie płacz ze stoickim spokojem odpowiedział- idziemy do drugiej.
Pojechaliśmy, druga galeria była tuż przy Hali Stulecia.
Stanika nie znalazłam. W efekcie w przymierzalni stwierdziłam, że ten czarny to nie leży tak źle,
i że nie potrzebuję nowego. Ku mojemu zdziwieniu nagle trafiliśmy na fajne fioletowe koraliki i kolczyki.
Misiek ze stoickim spokojem powiedział- kupujemy.
Zniknęłam na kolejne pół godziny w łazience,próbując poprawić wczęsniej napaćkany ze złości w pizza hut makijaż.
Na szczęście byłam przygotowana na każdą ewentualność, więc miałam spinkę do włosów i kilka wsuwek.
Parę minut kombinacji i v'oile fryzurka gotowa! Poskręcana, pospinana, wyszło powiem całkiem nieźle.
Z dumną, wypchniętą piersią, obwieszona nowymi koralikami, kolczykami,
z pasującym czarnym stanikiem popłynełam do Miśka na skrzydłach radości.
Misiek ze stoickim spokojem powiedział- wyglądasz prześlicznie, po czym mnie pocałował.
Dotarliśmy do Hali Stulecia, gdzie o 19 otworzyły się bramy rozkoszy.
Podbiegliśmy pod scenę, gdzie zauważyłam z boku jakiś niekontrolowany ruch, i grupkę ludzi.
Stanęliśmy w kolejce oczekując na niewiadomo co. Po chwili mieliśmy białe bransoletki na rękach,
które umożliwiły nam wejście do magicznego miejsca- tzw "oczka".
Oczko, było parkietem przeznaczonym dla 150 osób, umieszczonym przed główną sceną a za mniejszą,
gdzie tańczyły tancerki. Byliśmy w szoku, że udało nam się tam dostać.
Mnóstwo miejsca, powietrza, zajebistych ludzi, kamer i aparatów.
Od razu poznaliśmy 4 ludzi, gdzie z 2 zżyliśmy się wyjątkowo...
Mateusz, okazał się takim samym arminowym maniakiem jak ja! :)
Nawet nie wiecie jak cudownie było spotkać kogoś, kto czuje to samo co Ty słuchając muzyczki.
Obydwoje rozpływaliśmy się i odpływaliśmy przy poszczególnych kawałkach.
Jego dziewczyna Ola, była podobnie jak Patryk wiernym towarzyszem transowego zwierzaka.
Razem tańczyliśmy, gadaliśmy, bawiliśmy się. Przynajmniej tak, jakbyśmy tam razem pojechali.
Już jesteśmy umowieni na kolejne imprezy i odwiedziny w wakacje :)
No ludzie dosłownie przecudowni.
Całą imprezę przeskakaliśmy (co będzie widać na wszystkich możliwych kasetach) i przekrzyczeliśmy.
Głusi jesteśmy do tej pory, słychac w uszach tylko szum :)
Ale najbardziej cieszy mnie fakt, że Misiek mi tak wiernie we wszystkim towarzyszyl i przy tym dobrze bawił.
Okazał sie równie wielkim transowym zwierzakiem jak ja! :)
I bardzo mu za to dziękuję... Że pojechał tam ze mną po raz drugi. Mogłam dzielić się z Nim swoją pasją,
szczęściem i pięknem chwili. Dzięki Niemu, ten koncert był o niebo lepszy. Bo spędziliśmy go razem.
Ale przede wszystkim chciałam podziękować za stoicki spokój :) Naprawdę...
I tak o to podsumowując. Koncert Armina okazał się mentalnym cudeńkiem, z uroczymi ludźmi, atmosferą,
pełen przeżyć, niespodzianek. I może się Wam wydawać, że wyolbrzymiam to wszystko co się działo.
Ale dla nas, transowych zwierzaków... pięknie było... tak po prostu... :)
Ps. Wrzuciłam nowe foteczki do zakładki różności naszej codzienności, i założyłam nowy temat w zakładce
polecamy, gdzie możecie obejrzeć kilka filmików :)
Marika
25.IV.2010
Wróciliśmy! :D Mamy tyle do opowiedzenia! I wybaczcie nam, wszystko opiszę nieco później,
ewentualnie jutro. Teraz jedyne co jestem w stanie zrobić, to położyć się spać.
Jedno jest pewne... Działo się, dzialo... :D
Marii
23.IV.2010
W końcu! Doczekałam się! :) Jutro koncert Armina :)
Muszę przyznać, że te 2 tygodnie oczekiwań minęły szybciej niż myślałam.
Teraz już musi się wszystko odbyć. I nie wiem co by się musiało stać, żeby znowu odwołali całą imprezę.
Aczkolwiek nigdy nie mów nigdy, prawda?
Jedno jest pewne, jakiekolwiek wybuchy wulkanów nam nie grożą :)
Na oficjalnej stronie nawet zrobili oświadczenie na ten temat.
I chodź niestety nasi znajomi z nami nie jadą, ludzi nie zabraknie.
Jak się okazało, zwrotów biletów było niewiele, a na kupno tych zwróconych, czekały tysiące osób.
Ludzi będzie zatem ciut :) W tym MY :) Sesesesese :)
Ale wszystko dzięki Miśkowi, który bez wahania powiedział 2 tygodnie temu:
"nie martw się Misiu, przyjedziemy raz jeszcze".
Bo przecież ja to ja, wielki fan, wróciłabym za wszelką cenę.
Ale On... muzyczkę lubi, ale nie musiał... tymbardziej, że czeka nas znowu 9 godzin w pociągu.
A jednak... jedziemy... Jedziemy!
I jak tu nie kochać tego faceta? :)
Marii
20.IV.2010
W końcu udało się uruchomić nową zakładkę: Polecamy. Być może znajdziecie tam dla siebie coś ciekawego.
Niestety z braku czasu nie jestem w stanie uzupełnić jej od razu.
Dlatego powolutku, co jakiś czas będę dorzucać kolejną rzecz.
Narazie udało mi się polecić tylko jeden filmik, pozostałe zakładki będą czekały na swój dzień :)
Być może zbiorę się w sobie i dopiszę kilka seriali.
Dodałam też kilka nowych fotencji do codzienności i troszkę nas. Aha! I 3 fotki do studiów.
Ciut się wahałam, ale trzeba mieć trochę samokrytycyzmu :)
Gwoli wyjaśnienia- zdjęcie zrobione na zajęcia z norm okluzji, ćwiczenie które każdy z nas musi wykonać:
założenie łuku twarzowego. W tym przypadku ja byłam ofiarą :)
Ostatnia nowa rzecz na stronie, to kilka słów o naszej rodzince w zakładce nasza historia.
Nic dużego, ale dla mnie ważnego...
Marii
17.IV.2010
Ach, kiedy zleciał ten cały tydzień? Nieprawdopodobnie szybko mijają kolejne dni.
Łapię się na tym, że jest sobota i za chwilę jest kolejna. Ale o tym chyba każdy z nas dobrze wie...
Maj tuż, tuż, a w maju zaczyna się małe piekło na uczelni.
Ale na szczęście do tego czasu po drodze jest koncert Armina za tydzień i weekend majowy za dwa :)
Obydwoje z Patrykiem nie możemy się doczekać tej kolejnej podróży do Wrocławia.
I chodź pociąg mamy o 4:50 (OMG!) cieszymy się na to jak dzieci.
Nawet nie wiecie ile taka podróż może sprawić radości (i nie mówię tu o drodze powrotnej...)
Siedzieliśmy na przeciwko siebie, graliśmy w karty, czytaliśmy gazetki pokazując sobie jakieś teksty,
po czym śmialiśmy się z nich do łez. Słuchaliśmy tego samego radia, robiąc w tej samej chwili głupie miny, czy
wystukując rytm w powietrzu. Pasażerowie patrzyli na nas nieco dziwnie, co bawiło nas jeszcze bardziej.
Było po prostu cudownie... I najfajniesze jest to, że czeka nas ta sama przygoda znowu :)
W weekend będę chciała dodać tutaj kilka nowych zdjęć i nową zakładkę. Ale o niej napiszę nieco więcej później.
Póki co muszę wracać do robotki, sobota to jedyny dzień kiedy mogę coś zrobić...
Ps. Znalazłam fajny cytat:
"Jeśli naprawdę czegoś chcesz,
Twoja siła będzie na miarę Twoich pragnień..."
Marii
12.IV.2010
Nie wiem od czego zacząć...
Pojechaliśmy w piątek do Wrocławia, a raczej Legnicy, do siostry Patryka i jej rodzinki. Było
fantastycznie, droga minęła bardzo szybko. Obydwoje mieliśmy wrażenie, że w pociągu
spędziliśmy 4 a nie 10 godzin. Wszyscy przyjęli nas bardzo ciepło, jak zawsze z resztą.
Nie mogłam zasnąć w oczekiwaniu na sobotni wielki wieczór...
Sobotni poranek.
Jeszcze leżąc w łóżeczku, rano wyobrażałam sobie co będzie się działo później.
W końcu nadszedł dzień, na który czekałam rok. Nic mi go nie popsuje.
Po prostu nie ma takiej możliwości. Nie wiedziałam, jak bardzo mogłam się mylić.
Umyliśmy się, zjedliśmy pyszne rodzinne śniadanko.
Nieświadomi czegokolwiek wychodziliśmy właśnie do dziadka w odwiedziny,
kiedy zadzwoniła Patryka mama.
Zamarłam... Mina Miśka była przerażająca, wiedziałam, że coś się stało.
Patryk powtórzył za Nią, że runął samolot z rządem Polski w tym prezydentem.
Wszyscy nie żyją.
Zamarliśmy... Nie mogliśmy uwierzyć.
Dopiero po chwili mieliśmy dostęp do tv i do konkretnych informacji. To była jakaś masakra.
Odwołali oczywiście nasz koncert.
Więc niedosyć, że do serduszka cisnął się smutek i niedowierzanie, to
towarzyszyło mu rozczarowanie, że wieczór na który tyle czekałam, nie odbędzie się.
Ostatecznie stwierdzam, że dobrze, że tak się stało, nawet pomimo przebycia takiej drogi,
i tak dużego niedoczekania, zniecierpliwienia.
Jednak nie bawiłabym się tak dobrze, jak myślałam na początku.
Z biegiem dnia, smutek narastał, bo chyba coraz bardziej docierało co się stało,
My i tak nie mieliśmy najgorzej. Cały Wrocław tonął w młodych ludziach z różnych zakątków
Polski, oraz Europy. Ludzie poprzylatywali samolotami, tylko po to, żeby za chwilę wrócić.
Koncert został przeniesiony na za 2 tygodnie. Pojedziemy oczywiście.
Czekałam cały rok, poczekam jeszcze 2 tygodnie.
Nawet ucieszyliśmy się na kolejną wspólną podróż pociągiem.
Droga powrotna była smutna. Słuchaliśmy ciągle trwających informacji w radiu.
I tak jakoś cicho było... Wszędzie...
Nie do końca wiadomo, co powiedzieć w takim momencie.
Ja powiem Wam wszystkim jedno.
Pamiętajmy, że każde złe chwile, zawsze prowadzą nas w końcu do tych dobrych.
Potrzeba tylko na to nieco czasu...
Marii
06.VI.2010
Święta, święta i po świętach... To zaskakujące, że jestem po nich znacznie bardziej zmęczona
niż przed... Ale warto było, weekend okazał się cudowny. Pojechaliśmy oczywiście
do Sierpca. Dla Miśka to była już druga Wielkanoc u mego boku.
Odwiedziliśmy moją siostrzyczkę w Warszawie, która niestety nie mogła być razem z nami przez
maluszka który narodzi się już niebawem... ( wspominałam, że będę chrzestną?! :D )
Wczoraj natomiast świętowaliśmy pierwszą rocznicę naszych zaręczyn.
Efekt? Mokro było :P
A tak naprawdę to chyba dopiero dzisiejsza wspólnie zjedzona kolacyjka była
takim małym prezencikiem od nas, dla nas :)
Zamówiliśmy Sushi :D (mniam!) do tego włączyliśmy ulubione serialiki i voile!
Krótki przepis na wieczór idealny :)
I szczerze polecamy "Dom Sushi" na targu rybnym w Gdańsku.
Zamawialiśmy stamtąd jedzonko po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni.
Było naprawdę pysznie, i ja która po pierwszym spotkaniu z sushi miałam
nie do końca pozytywną opinię, dziś się zakochałam...
Bez wahania mogę Wam polecić zestaw funamori i hotategai na wynos.
I tak oto z nieprzyzwoicie pełnym brzuszkiem mogę spokojnie iść spać...
Chodź wielkie odliczanie do koncertu skutecznie mi to uniemożliwia...
Zostały 3 dni!!!!! :D
Marika
04.IV.2010
Chcielibyśmy życzyć Wam Wszystkiego Najlepszego z okazji Świąt.
Oby atmosfera w Waszych domkach była równie świąteczna, wesoła i rodzinna jak u nas.
A jeszcze lepiej, żeby była taka każdego dnia, nie tylko w Święta...
Marika i Patryk
02.IV.2010
Już są! Przyszły! Cieplutkie, pachnące niczym bułeczki w piekarni o poranku...
Zaproszenia ślubne... :)
01.IV.2010
1 kwietnia, prima aprilis, czyli dzień malej zemsty za zeszły rok, kiedy moje kochanie nabrało mnie,
że dostało ataku kolki nerkowej i wylądowało w szpitalu- haha bardzo śmieszne...
Miałam dzisiaj umówioną wizytę u fryzjera, więc sytuacja sam się domagała, żeby ją wykorzystać.
Sms do Miśka (z bananem na twarzy): "Misiu! Jestem załamana!
Fryzjer mnie obciął kompletnie na krótko, a do tego krzywo!
Wyglądam jak jakaś pankówa! Co ja mam teraz zrobić?
Przecież włoski przez 3 miesiące mi nie odrosną! Jak ja pójdę do ślubu?"
Odp: "Ja pie*** i to ma być specjalista???"
Odp (zwijając się ze śmiechu): "Prima aprilis! :)"
Odp (zapewne pełna miłości): "Ubiję Cię"
Hehe, później mnie czekała rozmowa i wysłuchiwanie jak się moje Kochanie martwiło,
że siedzę gdzieś zapłakana i zdołowana.
Urocze, nieprawdaż? :D
Zemsta była słodka- mała rzecz, a cieszy :P
Swoją drogą fryzjer okazał się sympatycznym przystojniakiem- dziewczyny! Polecam! Ogarna 120!
Przez 5 minut wpatrywał się w moje piegi, żeby stwierdzić czy mają ciepły czy chłodny odcień.
Machnął mi kolorek, dobrany specjalnie do nich- fiu fiu :)
No i ogólnie było sympatycznie.
I jeszcze jedna rzecz, o której muszę Wam wspomnieć.
Dzisiaj zaczyna się seria 5 koncertów z okazji
450 wydania A State of Trance with Armin van Buuren!
1.IV- Toronto, 2-3.IV- Nowy York, 9.IV- Bratysława, 10.IV- WROCŁAW!!!
I MY tam będziemy! Razem! Dosłownie momentami w to nie wierzę.
To będzie największa impreza tego typu jaka kiedykolwiek w Polsce była.
Jak o tym pomyślę mam gęsią skórkę, dreszcze, a czasem łzy w oczach :) (takie moje małe zboczenie :P)
Także wielkie odliczanie czas zacząć!
Zostało: 8 DNI!!!
Marii
~~~~